Szalona sobota z piłką ręczną i siatkówką w rolach głównych! POWRÓT.



"Sport pozwala pokazać wielu osobom piękną stronę życia (…). "
~Giba



Była sobota- ok. 15:30. Odpoczywałam na Orłowie. I już miałam się zbierać, gdy stwierdziłam, że jeden mecz sobie odpuszczę- pojadę dopiero na Polki. I tak się zaczęło!

Wtedy już wszystko poszło zupełnie inaczej niż miałam to zaplanowane.. ale od początku!

Jakiś czas temu przypadkiem znalazłam informację o turnieju towarzyskim w Gdańsku. 
Pomyślałam: czemu nie? Tęsknota za ręczną jak zwykle wzięła górę i kilka minut później miałam kupiony bilet. 


Zostało niewiele czasu. Sprawdziłam mniej więcej gdzie jest hala, popytałam znajomych i stwierdziłam, że trafię bez problemu. Koniec końców tak kolorowo nie było.

Zaczęło się od tego, że uciekła mi SKMka, potem przemokłam chyba na wylot, a gdy trafiłam już na halę.. okazało się, że pomyliłam godziny i mecz zaczął się wcześniej niż byłam przekonana, że się zaczyna, więc zdążyłam już tylko na drugą połowę (taka gapa ze mnie!)


Nie było to spotkanie o podwójnej czy potrójnej dawce adrenaliny. Nie było też tłumów kibiców żyjących do szpiku kości tym spotkaniem, ale.. było fajnie! Tak po prostu. 

Znowu miałam blisko parkiet, piłkę, możliwość obserwowania kilku ciekawych akcji… tak, tego było mi trzeba!!

Wszystko skończyło się w mgnieniu oka, a na zegarze ledwo wybiła 19:30! Tak wcześnie miał się kończyć ten sobotni wieczór? Nie ma mowy!

Już wcześniej miałam smaczek na mecz Plusligi, ale organizatorzy pokrzyżowali mi plany godziną 20:00 w swoim „rozkładzie jazdy”.
A tu bum! Los namieszał: miałam okazję szybko kupić bilet i przenieść się na drugą halę. Daleko nie było!

Oczywiście tak pięknie nie mogło się to wszystko potoczyć i troszkę przybłądziłam (zdarza się, prawda?) tym samym pod Ergo byłam ok. 20:10. 
Nie miałam nawet wejściówki, co oznaczało – zgodnie ze starą olsztyńską tradycją z młodzieżówek- że weszłam spóźniona.

Nie powiem. Grupą było zawsze fajnie, poza tym u nas już wszyscy wiedzieli, że zawsze nas coś po drodze "zatrzyma", ale i tak zdążymy mniej więcej z pierwszym gwizdkiem bądź kilka minut po nim, ale tym razem nie u siebie nie było to zbyt komfortowe, a na dodatek… za karę dostałam od Treflika (czy innej maskotki- przepraszam, nie przyjrzałam się) po głowie! ;pp

Przycupnęłam na pierwszym wolnym miejscu nawet nie szukając swojego, z myślą, że przesiądę się po secie.



Tak też zrobiłam. Resztę meczu kibicowałam już z MOIMI LUDŹMI. Takimi prosto z Olsztyna! ;D 
I było niesamowicie fajnie. Nasza grupa mimo, że przyjezdna była wielokrotnie (może nawet cały czas? hmmm... ) głośniejsza niż miejscowi. 


I to było świetne! Poczułam się prawie jak w domu, chociaż… nie! Uranii to nie dorównało, ale ale było super! Wynik również przyniósł dodatkową radość.
(były wahania nastrojów. Nie było to takie łatwe 3:0!)

 
Jak to się stało? Nie mam pojęcia! Musiałam przejechać prawie 200km żeby zobaczyć po raz pierwszy w tym sezonie swoją drużynę na żywo!


Niestety na Uranię nie miałam kiedy zajrzeć, a tutaj.. po prostu się udało. 
I niesamowicie się cieszę, bo miało z tego meczu nic nie wyjść, a przypadkiem był to jeden z najlepszych weekendów w ciągu ostatnich 3lat!

Wróciłam wspomnieniami do starych dobrych czasów, gdy gościłam na hali tydzień w tydzień. Gdy każdy kolejny weekend ze znajomymi był jeszcze lepszy niż ten poprzedni- prawie jakbym miała znowu te 15 czy 16 lat… NIESAMOWITE UCZUCIE!

Mam najważniejsze osoby przy sobie, kocham podróże i trochę świata było mi dane już zobaczyć, uwielbiam moją robotę, moje auto… Mam prawie wszystko o czym zawsze marzyłam, ale kontaktu z piłką.. z boiskiem wciąż tak bardzo brakuje! I chociaż to tylko trybuny to jest to jakaś mała cząstka, która wypełnia lukę.

A na dodatek doświadczyłam kolejnych nowych wrażeń: pierwszy raz byłam sama na meczu i pierwszy raz byłam na meczu Olsztynian w „obcej” hali.

Ostatnimi czasy mam taki powrót do sportu. Od momentu, gdy Asia wyciągnęła mnie na mecz z Czarnymi- dzięki Kochana! (a na chłopaków z Radomia zawsze można liczyć- przynoszą szczęście niczym czterolistna koniczynka!) wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie. 
Jak w 2016 przez cały rok byłam na 3 meczach, tak obecnie jest marzec 2017, a ja na swoim koncie mam już... 5! W przeróżnych dyscyplinach. A to dopiero początek!! ;D

Tymczasem- o ile dobrze pójdzie- za dwa tygodnie kolejny mecz!

Podzielcie się swoimi doświadczeniami ze sportem! Trenujecie coś, trenowaliście? A może tylko kibicujecie? 
Miłego wieczoru. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 1001Podróży , Blogger