16 lat edukacji to już przeszłość. Początek nowego roku szkolnego już nie dla mnie! ;)

Przedwczoraj dla kolejnych roczników rozpoczął się nowy rok szkolny... tak naprawdę dla mnie to już 3 rozpoczęcie w ciągu miesiąca, a na dodatek nie ostatnie!
Zapewne pomyślicie sobie jak to możliwe? A no możliwe!

Jako pierwsze- (oczywiście u mnie!) do szkoły wróciły dzieciaki w Hannoverze i Dolnej Saksoni- tam wakacje skończyły się już 3 sierpnia!! 
Tydzień później słuchałam płaczu w wykonaniu dzieci sąsiadów K., które wracały do szkół w Magdeburgu!
Ostatni koniec wakacji jakiego na pewno doświadczę to Bawaria i synek koleżanki. Tam zdaje się zostało im jeszcze 10 dni.
Dzisiaj  w Polsce obserwuję wielką niechęć przed powrotem... niestety, taka kolej rzeczy- każdy musi mieć swoje obowiązki!

źródło


Cieszę się z tego faktu, ponieważ właśnie teraz chcę W SPOKOJU pozwiedzać trochę Polski.

W tym roku po raz pierwszy wszystko zacznie się kręcić już beze mnie... i nie będę ukrywała jak bardzo cieszy mnie ten fakt!

Długo wahałam się z napisaniem tego posta.
Na początku w ogóle nie miałam na to ochoty, później zupełnie nie mogłam się za to zabrać, ale stwierdziłam, że jednak może warto.

Ciężko od czegoś zacząć.. szkoła- to tak wielki fragment życia każdego z nas, że nie da się tego od tak opisać.
Licząc włącznie z przedszkolem, mogę powiedzieć, że w wieku niespełna 19 lat mam za sobą 16 lat przygodny z naszą Polską „edukacją”. Trochę dużo.. trochę bardzo!
Jak będzie dalej.. nie wiem! Na razie jest jakiś plan, który prawdopodobnie i tak niedługo będzie zmodyfikowany. Poczekamy – zobaczymy!
Tak naprawdę ciężko jest zacząć od czegoś mądrego.

W szkole nigdy nie mogłam zrobić niczego „standardowo”.
Już w podstawówce wszystko było zakręcone. Zaczęłam w Olsztynie, potem przeprowadzka.. wielkie zamieszanie, zmiana szkoły.. ale było fajnie.
Wtedy zaczęłam treningi i chyba właśnie to wspominam najlepiej- zdecydowanie na pewno! Pojawiły się pierwsze poważne plany na przyszłość związane z grą, były różne konkursy, wycieczki, pierwsze wyjazdy zagraniczne: Litwa, Szwecja, wymiana z Kaliningradem... Działo się już wtedy.


W gimnazjum podjęłam decyzję, że wracam do miasta. Ja jednak tego bardzo potrzebowałam!
Brakowało mi tego wszystkiego co gdzieś „straciłam” po przeprowadzce.

Próbowałam nawet z SMSem w Gdańsku, ale... bum! Pierwsza poważniejsza kontuzja kolana. Na Szkołę Sportową nie było szans, więc zostało na zwykłym gimnazjum i tak naprawdę nigdy tej decyzji nie żałowałam.

Powrót dał mi więcej radości niż to sobie wyobrażałam.
Szkoła była ok. Cisnęli z każdej strony, ale jakoś się tym nie przejmowałam.
To akurat był okres w którym szkoła niekoniecznie była dla mnie priorytetem.
Jeszcze bardziej podkręciłam sobie tempo do takiego stopnia, że w ciągu tygodnia nie miałam dla siebie w zasadzie ani minuty!
Treningi, szkoła, dojazdy, mecze, znajomi... DZIAŁO SIĘ!
Czasami bywało tak, że wracałam w niedzielę do domu by przepakować torbę z książkami i w poniedziałek rano od razu do szkoły- ale to był magiczny czas!

Najlepszymi wspomnieniami jakie przychodzą mi do głowy to na pewno wszystkie te mecze, treningi, czas spędzony z niesamowitymi ludźmi.. ciężko wymienić wszystko, ale LUDZIE, LUDZIE i jeszcze raz LUDZIE.
To zapamiętam już na zawsze. Poznałam wspaniałe osoby i oni będą w moim serduchu na zawsze.
Fajnie jest mieć z nimi po latach kontakt, móc swobodnie porozmawiać!

Jeśli chodzi o naukę.. sami wiecie. W podstawówce można nic nie robić, a i tak ma się pasek. Jeździłam na konkursy, olimpiady. W 6kl miałam średnią 5,9 i tytuł finalisty z historii, więc nie martwiłam się zupełnie niczym jeśli chodziło o dostanie się do przyszłej szkoły.

Od 4 kl poświęcałam większość mojego czasu na treningi, a nie na naukę, bo tak naprawdę to z tym chciałam wiązać swoją przyszłość, a że udawało się pogodzić jedno i drugie to byłam niesamowicie szczęśliwa.
Z czasem, gdy zaczęły dziać się nie fajne rzeczy z moim zdrowiem było ciężej.
W 1 kl. Gimnazjum dowiedziałam się, że w zasadzie nie ma szans na to bym mogła podchodzić do sportu jakoś bardziej poważnie i to też znacząco odbiło się na całym moim życiu.
Jakby przestało mi zależeć na wszystkim, na szczęście miałam wokół siebie ludzi, którzy umieli mnie wyrwać z tego dołka.
To z nimi spędzałam każdą wolną chwilę. Przeniosłam swoją miłość do sportu z boiska na trybuny, chociaż serce pękało, gdy musiałam biernie patrzeć na coś w czym wolałabym uczestniczyć osobiście.

    
Po rocznym leczeniu udało mi się pograć jeszcze trochę w reprezentacjach szkoły. Było kilka medali, które cieszyły podwójnie po takiej przerwie.
Znowu zaczęłam wierzyć, że może jednak, ale nie. Już nie. Kolejne, coraz poważniejsze kontuzje, serie zastrzyków, rehabilitacja.. Nie było szans na powrót. Wtedy byłam już w pełni tego świadoma i przestałam się łudzić.
Za dużo miałam do stracenia. Musiałam wybrać. Nie chciałam ryzykować, bo wiedziałam, że w takiej sytuacji i tak nic nie osiągnę, a ultimatum: albo gra albo chodzenie skutecznie dało mi do myślenia. 1,5 roku temu usłyszałam, że nawet po zastrzykach i rechabilitacji, tak czy siak skoczy się na stole operacyjnym.
To by było na tyle złudzeń o powrocie.
Dziś ich już nie mam i czerpię z tego co jest.. i dobrze mi z tym!
Po czasie się otrząsnęłam. Zawsze można w inny sposób związać swoją przyszłość ze sportem niż tylko poprzez grę! ;)

Liceum..hmmm w skrócie mówiąc: dobrze, że już się skończyło! To zdecydowanie nie było TO.
Zabrakło mi punku żeby dostać się do tego mojego wymarzonego, potem nie chciało mi się już bawić w przenoszenie, a wiem, że zwolniły się miejsca.
A może to po prostu duma.. trochę urażona!
Skoro raz mnie nie chcieli to na siłę pchać się nie będę!!

Profil.. chyba też jednak okazał się nie takim jaki powinien być.
3 lata temu myślałam o tym, żeby iść na informatykę. Wiedziałam, że po tym na spokojnie będę miała pracę już na 1-2 roku, jednak.. już w połowie pierwszej klasy, gdy wszystko dobrze przemyślałam, stwierdziłam, że to zupełnie nie dla mnie!
Nie nadaje się do siedzenia za biurkiem, przed klawiaturą... NIE, NIE, NIE!
Zwariowałabym!
Zarobki fajne, praca pewna, ale nie.
Chce pracować blisko ludzi, w miejscu, gdzie sytuacja się dynamicznie zmienia.
Współpraca z komputerem mnie nudzi.
Co innego, gdy jest to jedno z zadań, a co innego JEDYNE.

Żałowałam rozszerzonej informatyki. Męczyłam się na tym profilu.
Zdecydowanie lepiej odnalazłabym się na profilu językowym, albo chociaż z rozszerzonym językiem... ale cóż. Zaczęłam to i skończyłam.
Ludzie też byli nijacy. Ani zainteresowań ani nic. Bo po co? Przecież to kosztuje i czas i energię, a rodzice i tak wszystko załatwią.
Lepiej nic nie robić. Napić się, zapalić i już jest ok.
Jasne, było kilka osób, które miały fajne pasje i lubili to co robili, z którymi było o czym rozmawiać!

Zdecydowanie nie są to 3 lata, do których będę jakoś szczególnie wracała myślami, a moja znajomość z ludźmi z klasy zakończyła się 29 kwietnia 2016 i jakoś niekoniecznie chce mieć z nimi kontakt. Jest jedna osoba z która faktycznie raczej kontakt będzie na długie lata, ale (może na szczęście?) nie chodziliśmy do jednej klasy.

W drugiej klasie rozważałam przeniesienie się i wyjazd do Niemiec. Niestety w przypadku Liceum nie było szans na dostanie się do odpowiadającej klasy tam i postanowiłam poczekać do końca tutaj.
Pod koniec były również trudne momenty. Nie chodzi tu o naukę, bo akurat w LO postanowiłam się jakoś zabrać, chociaż częściej miałam więcej szczęścia niż rozumu i lenistwo i tak jakoś uchodziło mi na sucho.
Pewni nauczyciele stali się nieznośni. Nie o wymagania chodzi tylko o docinki, czepianie się o wszystko, walenie pięściami itp. Do tego przez te 3 lata trochę się pogmatwało ogólnie w życiu.
Dobre momenty, przeplatane kompletnie fatalnymi, szczególnie jeśli mówić o ludziach którzy uważali się tfu! Za moich przyjaciół!
Życie nie bajka!

W tym momencie, po raz pierwszy przez szkołę w moich oczach pojawiły się łzy.
Czułam, że nie dam rady. Że nie jestem w stanie tego dociągnąć.
Wolałam zrezygnować z matury w tym roku, niż doprowadzić się do stanu, w którym nie będę się w stanie pozbierać. Decyzja o zabraniu papierów długo tliła się w mojej głowie, załatwiłam już pewne formalności, ale po kilku przeryczanych dniach, postanowiłam ponownie podjąć walkę.

źródło

Nikt nie będzie mi niszczył mojego planu, nie!
Skończyłam szkołę, podeszłam do matury i zdałam ją z wynikiem, który jak najbardziej mnie satysfakcjonował!

Idąc do LO nie znałam ani słowa po niemiecku, moja klasa szła kontynuacją, a ja... w gimnazjum jako drugi język wybrałam rosyjski, a teraz musiałam radzić sobie bez znajomości podstaw. 
Było trudno. Cholernie trudno. Pierwszy rok traktowałam ten język jako zło konieczne. Coś tam się uczyłam, a i tak nic nie umiałam, nic nie rozumiałam. Ledwo skończyłam na 3.
No i przyszła 2 kl. Serce nie sługa. Raptem to właśnie niemiecki stał się moim oczkiem w głowie.
Potem jeszcze przyszła decyzja o zdawaniu matury i tak się zaczęło dziać.

Los bywa przewrotny, a ja chyba upadłam na głowę ryzykując oblanie matury, przez zdawanie właśnie niemieckiego!
W pomyśle swoim wytrwałam i z miesiąc przed maturą doszłam do wniosku „dziewczyno. CO TY WYRABIASZ?!”
Sama utrudniłam sobie życie i pewnym było, że jeśli coś nie wyjdzie to ciężko mi będzie to sobie darować, jednak tak naprawdę to była też świetna motywacja!
Koniec końcem wynik z matury z Niemieckiego... 92%! okazał się najwyższym na moim maturalnym świadectwie!! ;D

Zdecydowanie okres od marca to już ta lepsza część roku! Odkułam się w finansowo i byłam w stanie na siebie zarobić, dodatkowo odzyskałam bardzo bardzo bliską mi osobę, skończył się rok szkolny, zaczęły wyjazdy i jeszcze intensywniejsza praca... i to właśnie wtedy przyszła ta lepsza strona życia!!

Teraz w moim życiu coś całkiem nowego.
Od października dojdzie mi godzenie tych dojazdów i pracy ze studiami... już widzę jak będzie intensywnie i to w tym wszystkim najbardziej mi się podoba!

Szkoda życia na nudę! ;D

Wszystkim rozpoczynającym szkołę chcę życzyć udanego roku i samych sukcesów, ale również znalezienia czasu dla siebie.
W końcu nie samą nauką człowiek żyje! ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 1001Podróży , Blogger