Szwajcaria: Kilka godzin w Lozannie.

            Uwielbiam aktywne wakacje. Dawniej zupełnie nie przepadałam za leżeniem na plaży- nawet mnie to męczyło. Najlepiej, jeśli się dużo dzieje, a wracając z wycieczki marzy się o 3 rzeczach: prysznicu, przejrzeniu zdjęć i łóżku. Dokładnie w takiej kolejności!

            Tym razem było podobnie. Po spacerze wśród winnic byłam już naprawdę zmęczona. Długość trasy oraz temperatura dawały się we znaki, a na koniec szykowała się jeszcze jedna atrakcja- zwiedzanie miasta!


Lozanna była naszym miejscem docelowym. Pierwszą atrakcją była przejażdżka metrem (jedynym w Szwajcarii, o ile dobrze pamiętam). Cóż to za dziwne metro. Jedna stacja jak to na ten środek transportu przystało- pod ziemią, ale następne.. jak zwykły pociąg. Na otwartej przestrzeni!
Mimo wszystko jak to w Szwajcarii, wagonik wygodny, czysty, a wszystko sprawne.

            Po dotarciu na docelową stację chcieliśmy wybrać się na nabrzeże, ale jako, że nie posiadaliśmy mapy trzeba było pytać ludzi. I tu pojawia się problem francuskiego.. tam jeśli do nich mówisz po angielsku dosłownie mają Cie gdzieś. Udają, że nie rozumieją,chociaż nie sądzę, żeby w grupie 15-20 osób- dosyć młodych nie było nikogo, kto nie rozumie słowa po angielsku…
Ile mieliśmy problemu żeby dotrzeć tam gdzie chcieliśmy, ale w końcu się udało!

            W porcie co chwila przypływają rejsowe statki- część z Genewy, ale także z innych miejsc.





W tle za wodą widać góry.. i Francję. Tamtego popołudnia zaczęło się już chmurzyć i zbierało się na deszcz, więc wszystko było trochę zamglone, a to nadawało czegoś jeszcze bardziej niesamowitego.
Uwielbiam mgłę. Dla mnie nadaje taką nutkę tajemniczości!







            W koło nie było aż tak wielu ludzi. Można było spokojnie usiąść i podziwiać. Jak już pisałam wcześniej, mam wrażenie, że tam wszystko toczy się jakby wolniej.  
Życie jest spokojniejsze. Spędziliśmy w tym miejscu i okolicy trochę czasu. Było można odetchnąć i po prostu nacieszyć się widokami zarówno jeziora, gór, jak i winnic trochę już w oddali.

















            Ostatnim punktem zwiedzania miasta , miało być Muzeum Olimpijskie.


Chciałam je odwiedzić, jednak nie mogliśmy go znaleźć (jak później się okazało, było pod nosem), a do pociągu nie zostało już dużo czasu, więc czas było wracać na dworzec.


            Miasto i winnice do dziś wspominam z ogromnym sentymentem i chętnie wybiorę się tam ponownie. Kto wie, co jeszcze uda się odkryć!


A co do Francji. Uważajcie, bo często łapią tam francuskie przekaźniki,

a mając szwajcarską kartę i wysyłając np. MMSa, koszty nie są zbyt fajne!

wyjazd z dn. 25.08.2013r  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 1001Podróży , Blogger