Krakowski rynek zimą zdumiewa spokojem. Zapraszamy lubiących ciut niższe temperatury. ;)

            Styczeń już od dawna zapowiadał się dla nas bardzo intensywnie- i bardzo dobrze! Miałyśmy dosyć leniwy pod względem wyjazdów grudzień, więc czas było to w końcu nadrobić!
Na początek mój przyjazd do Żywca, później MECZ we Wrocławiu, oraz miasto o którym już pisałyśmy TUTAJ i TUTAJ.
Kolejnym naszym celem był Kraków!                                                                                           





Miasto to odwiedziłyśmy już w 2014r. Pogoda wtedy była niesamowita. Grzało słoneczko, a niebo było tak ślicznie błękitne… Cudo! Jeśli tylko chcecie zajrzyjcie. ;) KLIK
Tym razem-zima. Nic dodać nic ująć!

Jako, że w pierwotnym planie zamierzałyśmy przenocować w Krakowie i pozwiedzać trochę więcej, tak więc już jakiś czas temu zarezerwowałyśmy bilety na Polskiego Busa na 8:15 rano z Katowic.
9 z minutami, a my byłyśmy już na miejscu. Było zimno i niezbyt przyjemnie, a na termometrze porządne ujemne temperatury, więc wolałyśmy nie ryzykować i ubrałyśmy się na cebulkę, szczególnie, że przed nami były 24h w drodze… o ironio- ZNOWU!

W pewnym momencie żałowałyśmy, że nie mamy biletów na później i nie pojedziemy bezpośrednio na mecz, jednak dzielne podjęłyśmy wyzwanie… NIE ŻAŁUJEMY!

            Na początku faktycznie nie było za przyjemnie, jednak po raz kolejny potwierdza się, że małopolskie nas lubi i już po jakimś czasie na niebie zaczęło przebijać się trochę błękitu, coraz więcej i więcej, a po południu wyjrzało nawet piękne słoneczko- bardzo przyjemnie się wtedy zrobiło!
            Po wyjściu z autobusu nie bardzo wiedziałyśmy co zrobić z tym wolnym czasem- temperatura nie zachęcała do spacerów, a do wejścia na halę zostało min. 8,5h.
Po chwili pałętania się bez celu po dworcu w końcu zebrałyśmy się na odwagę wyjścia z jego gmachu. Jako, że przejazdy komunikacją miałyśmy darmowe, to nie żałowałyśmy sobie podjechać dwa przystanki tramwajem.
            Na początku zaszłyśmy o pocztę, aby rozejrzeć się za jakimiś pocztówkami… i utknęłyśmy! Utknęłyśmy za panem który musiał nakupować znaczków za ponad 90zł… bite 15 min!!
            Czy czekanie się opłaciło… nie wiem. Znalazłyśmy jedną kartkę, która nam się spodobała i to byłoby na tyle. Dalszy nasz czas postanowiłyśmy marnować na rynku.

Gdyby nie ta temperatura, jakże przyjemnie spacerowało by się takimi pustymi uliczkami, przystrojonymi jeszcze świątecznymi lampkami i innymi ozdobami, gdzieniegdzie przyprószonymi śniegiem!



Czas mijał niesamowicie wolno, ale gdy tylko wyjęłam aparat jakoś przyjemniej się zrobiło.
Weszłyśmy w zakątki, których nie miałyśmy okazji odwiedzićw czasie ostatniej wizyty, a teraz było na to sporo czasu, więc postanowiłyśmy poszukać tam czegoś ciekawego.                               

                                     

            Nie powiem- osobiście jestem zadowolona z tych poszukiwań. Kilka pięknie zdobionych budynków, ciekawe- dla nas szczególnie- połączenia nazw ulic i duuuużo śmiechu.
Razem zawsze raźniej marnuje się czas! ;)





            W międzyczasie zahaczyłyśmy także o informację turystyczną, gdzie wzbogaciłyśmy się o dwie mapki i… ołówki! Jakaś akcja promocyjna- a naprawdę są świetne!

            Pospacerowałyśmy jeszcze po rynku, który był naprawdę dosyć pusty i aż przyjemnie się zwiedzało. Byli nieliczni turyści, jednak to nie było oblężenie pokroju lata!








Dorożki nie miały zbyt wielu chętnych na przejażdżki- i bardzo dobrze! Mi straszni szkoda tych koni, a ludzie jak się przejdą kawałek na nogach to nic im się nie stanie!




Wtedy naprawdę nie było widać ¾ piękna tego miejsca! Teraz było zupełnie inaczej i pomimo zimy dostrzegłam tam wiele nowych elementów, których nie widziałam w tamte wakacje.
Teraz na spokojnie można było się przyjrzeć ślicznym kamienicom.





Wyjątkowym miejscom






A także elementom, które nawiązywały do rozgrywanych Mistrzostw Europy!





            Po drodze zahaczyłyśmy o Sukiennice, gdzie kupiłam pluszowego smoka mojej bratanicy- niby 18zł, ale jest naprawdę fajny. Mięciutki! ;)




Udało nam się także znaleźć magnes, którego nie mogłyśmy znaleźć w chyba 30 sklepach z pamiątkami- a właśnie na takim nam zależało!

            Czas wciąż nie leciał tak szybko jakbyśmy chciały, a za każdym spojrzeniem na zegarek, chciało się tylko rzucić „DOPIERO?!”
Kiedy rynek obeszłyśmy już chyba cały z każdej strony postanowiłyśmy udać się na Wawel- co zresztą od początku było w planie.
Po drodze minęłyśmy jeszcze... Toruńskie Pierniki... W KRAKOWIE!
A do tego labirynt luster.




Kawałek podeszłyśmy pieszą, kawałek (dokładniej mówiąc jeden przystanek) podjechałyśmy tramwajem.

            Wawel również świecił pustkami. Były dwie hiszpanki, kilku Niemców i jeszcze jakieś inne niezidentyfikowane przez nas języki. ;)
Ale więcej o tym w następnym poście.
P.S. A Wy lubicie zwiedzać miasta zimą? Czy raczej stawiacie na cieplejsze pory roku?

Powiem Wam szczerze, że ja osobiście- pomimo tego, że jestem niesamowitym zmarźlakiem- dostrzegam magię zwiedzania i w ciepłą i raczej mroźno-śnieżną pogodę. Naprawdę można dostrzec wtedy niesamowite różnice. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 1001Podróży , Blogger