Perełki Bydgoszczy cz. III -mecz Łuczniczka Bydgoszcz vs. Cerrad Czarni Radom

            W ostatnim czasie pokazałyśmy Wam trochę Bydgoszczy naszymi oczami, dzisiaj przedostatni post z odwiedzin w  kujawsko-pomorskim- dla nas w zasadzie najważniejszy.
To był nasz główny powód podróży, ale też motywacja do zrealizowania kolejnego celu z naszej listy marzeń.


Wszystko zaczęło się dokładnie dwa tygodnie temu licząc od dziś.
Oglądałyśmy mecz mojego miejscowego AZSu z Bydgoską Łuczniczką, na boisku sporo znajomych „osobistości” i tak z pewnych osobistych względów przyszedł nam pomysł wyjazdu na mecz.
            W przypadki nie wierzę, gdy tylko zobaczyłam, że mecz z Czarnymi Radom zaczyna się o 14:45, a żeby zdążyć na powrotny pociąg do Olsztyna musimy wyjechać z Bydgoszczy o 18 wiedziałam już, że na spokojnie zdążymy! Decyzja zapadła- w sobotę jedziemy na mecz!
Kilka minut zajęło dokładne sprawdzenie wszystkich informacji- odnośnie meczu, pociągów i innych drobiazgów oraz kupienie biletów.
Cztery dni później siedziałyśmy już w pociągu.

            Z Bydgoskim klubem (a w zasadzie klubami) wiąże się bardzo wiele moich wspomnień. Los chciał, że we wszystkich młodzieżówkach, tak czy siak na nich trafialiśmy- i to po kilka razy w ciągu sezonu (biorąc pod uwagę różne kategorie). Miło wspominam tamte czasy.

Łuczniczka nie była mi obca, bywałam już dawniej sama, więc nie było problemem odnalezienie się tam, jednak przez chęć zwiedzenia miasta, a później (planowo) szybki obiad omal nie spóźniłyśmy się na początek spotkania.

            Wybrałyśmy sektor lekko z boku, jednak taki z którego będziemy widziały całe boisko i uważam, że to się nam idealnie udało!
            Pierwszym miłym zaskoczeniem już przy wejściu byli mało upierdliwi ochroniarze.
Nie było sytuacji, gdzie sprawdzali by po 10 razy legitymacje, czy też przetrząsali kilkakrotnie torbę i mieli jakieś zastrzeżenia chociażby co do cukierków, a i takie sytuacje już mi się przytrafiły!
            Kolejnym plusem byli kibice na trybunach. Było ich znacznie więcej niż na podglądzie sprzedanych biletów, który sprawdzałam dzień wcześniej.
   
   
            Szybciutko znalazłyśmy swoje miejsca, po czym próbowałam ogarnąć wszystko dookoła siebie. No i negatywne zaskoczenie- jedno! Późnej zauważyłam coś czego zupełnie się nie spodziewałam! W składzie gospodarzy... Janek Lesiuk!


To był dla mnie szok. I to olbrzymi, ostatnio widziałam go jeszcze na rozgrywkach juniorskich, a tu taki „awans”.


Chyba nie tylko mnie to zaskoczyło, bo rozmowa państwa obok wskazywała na to, że miejscowi także nie do końca się orientowali. Cytując jedną z rozmów:
-Kto to wszedł?
-Jakiś... Lesiuk
-Kto?
-Nie znam. Lesiuk.
Szczerze powiem, że nie ma się im co dziwić, ale mam nadzieję, że już nie długo nie będzie takich pytań odnośnie tego zawodnika!
Dla mnie osobiście była to olbrzymia- bardzo pozytywna niespodzianka!

     Szybkie powitanie drużyn i już zaczynał się mecz.






            Będąc na tej hali, wśród tych wszystkich kibiców, ale też w momencie, gdy znowu poczułam tą atmosferę siatkarskiego widowiska i ludzi których znałam, nie umiałam się nie zaangażować tak całym sercem w to spotkanie. Pół żartem pół serio to podświadomie nawet ubrałam się w klubowe barwy :p

            Przeżywałam chyba każdą piłkę i żal było coraz bardziej, gdy widziałam jak bardzo nie idzie.








Pogrążały nas głównie własne błędy i niewykorzystane sytuacje, których było mnóstwo, ale również coś co mnie strasznie denerwowało- NAJBARDZIEJ- w całym meczu.... brak zmian!

Nie rozumiem dlaczego tak ciężko jest wprowadzić na boisko kogoś nowego, jakąś świeżość, jeśli graczom na parkiecie najzwyczajniej nie idzie. Czy to jest naprawdę takie ciężkie dać komuś możliwość pokazania swoich umiejętności? Szczególnie jeśli drużyna i tak znacznie przegrywa, a każda kolejna akcja przynosi więcej strat niż zysków.

Siedziałam tam i nie mogłam tego zrozumieć.
Dlaczego zmiany są możliwe dopiero przy wyniku 19:24 itp.
Ehh ciężko się na to patrzyło i m.in. przez to z hali wychodziłam w podłym humorze. Już nie chodziło o wynik, ale o taką sytuację...
Smutne refleksje to przynosi.

            Mimo tego faktu cieszę się, że w końcu po dosyć długiej przerwie miałam możliwość odwiedzenie Plusligowych parkietów. Wiem jak bardzo tego potrzebuję i tym razem ponownie się w tym utwierdziłam.

W głowie utkwiło mi też wiele widowiskowych akcji i pozytywnych emocji, które niesie ze sobą przeżywanie meczu razem z innymi kibicami.
Pomimo tego, że jestem przyzwyczajona do trochę innego stylu kibicowania jaki panuje u nas w Olsztynie to naprawdę mi się podobało! Chętnie zawitam tam jeszcze nie raz!
Zapomniałam jeszcze dodać, że maskotka jest przesympatyczna!


W odpowiednim towarzystwie naprawdę wszystko jest wyjątkowe!
Mecz skończył się niestety szybkim 0:3 co wcale mnie nie cieszyło!
Było bardzo przykro z tego powodu, ale czas wracać do domu i liczyć, że po prostu następnym razem będzie lepiej!

            Bydgoszcz pożegnała nas lekkim zagubieniem drogi na dworzec, jednak miałyśmy bardzo dużo czasu do pociągu i nie było problemu żeby zdążyć!
Już w Olsztynie również wszystko poszło sprawnie. Część świateł była już wyłączona, na ulicach niewielki ruch... jedyne co lekko utrudniało życie to potworna mgła poza miastem!
Ale i to dało się znieść. Takim sposobem po ponad 19 godzinach w drodze, tuż przed północą wróciłyśmy do domu.


            Wyjazd bardzo intensywny, ale jak najbardziej udany (tylko wynik mógłby być inny...)!














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 1001Podróży , Blogger