Piłka ręczna- trochę ode mnie.

                Wszystko zawsze ma jakiś swój początek. Moja przygoda z piłką ręczną zaczęła się jak byłam jeszcze małym dzieckiem. W moim domu zawsze przy większych imprezach oglądało się mecze- szczególnie jeśli chodziło o gry zespołowe, one dominowały.

                W pierwszej klasie podstawówki zaczęło się coś więcej. Pamiętam jak w ramach zabawy braliśmy gumowe piłki i rzucaliśmy się nimi grając w zbijaka, później były pierwsze „mecze”,  bardzo to lubiłam. Lubiłam kontakt z piłką- dawało mi to naprawdę wiele radości.

Czas wtedy nie leciał aż tak szybko jak teraz, jako dziecko wszystko odbierało się zupełnie inaczej, zupełnie inaczej patrzyło się na świat, teraz wracam wspomnieniami do tamtego okresu i dostrzegam fakty o których wtedy nawet bym nie pomyślała.


                W drugiej klasie zapisałam się na pierwsze dodatkowe zajęcia. Oznaczało to więcej czasu poza domem, jednak było naprawdę fajnie. Mieliśmy bardzo zgraną grupę i wszyscy nieźle się bawili w czasie naszych „treningów”. Pierwsze półtora roku było luźniejsze, w czwartej klasie zaczęły się pierwsze poważniejsze mecze, jakieś zawody, a i same treningi już trochę inaczej wyglądały.
Zawsze miałam takie szczęście i zdolności, że coś sobie musiałam zrobić. Tu siniak, zdarta skóra, tam wybity palec. I tak na okrągło, jednak naprawdę to nijak nie zrażało!
Lubiłam tą dyscyplinę, odnajdywałam się w niej i wiele szczęścia dawała mi sama możliwość gry, bez względu na to, że czasem bolało…. Możliwość przełamywania własnych słabości, poprawianie błędów i ta adrenalina we krwi… To było właśnie to!

Z czasem każdy odnajdowała się w jakimś konkretnym miejscu na boisku. Ja też to zrobiłam dosyć szybko (przynajmniej tak mi się wtedy wydawało ;p).

Pierwszą pozycją, na jakiej zagrałam był środek rozegrania, jednak już w pierwszych zawodach grałam na lewym rozegraniu i tam spędziłam trochę czasu. Nie było źle. Przyzwyczaiłam się do swojego miejsca i chociaż czasem było ciężko to się udawało. Później z konieczności (i chyba trochę za karę w ramach utarcia nosa) musiałam przenieść się na prawe rozegranie.
 Lubiłam, gdy ktoś dawał mi nowe wyzwania. Lubiłam sprawdzać sama siebie. Od zawsze tak było, jednak to było coś więcej. Zawsze byłam pyskata, zawsze miałam dużo do powiedzenia i swoje wiedziałam. Tak na boisku jak i poza nim, tym razem także chciałam udowodnić, że dam radę.
Tutaj mogłam pozbyć się tej „nadmiernej energii”, zostawić złe emocje za sobą… Było to trochę jak terapia!
Początki były strasznie ciężkie. Każda praworęczna osoba, która z jakiegoś powodu musi zacząć funkcjonować jak leworęczna będzie wiedziała, o czym mówię. Tak było i w tym przypadku. Sporo czasu zajęło mi „nauczenie się” lewej ręki... Zupełnie inaczej się rzuca, inaczej łapie, inaczej wyskakuje… Tak naprawdę wszystko było dla mnie inne… nowe!

Z czasem zaczęło wychodzić, gdy w głowie zakodował się ten inny sposób było o wiele lżej, a wtedy i wszystko inne znowu zaczęło dawać tą samą przyjemność!

Taka zmiana pozycji nauczyła wiele; zarówno w kwestii gry jak i codziennego życia.
Dzisiaj nie robi mi różnicy czy robię coś prawą czy lewą ręką. Którą piszę, którą maluję paznokcie, odkręcam słoik… Mogę nawet powiedzieć, że obecnie częściej używam lewej pomimo tego, że od zawsze byłam praworęczna…

                Chociaż początki z prawym rozegraniem nie były łatwe to pokochałam tą pozycję całym sercem, a i w sercu była już tylko piłka ręczna. Z dnia na dzień wkręcałam się w to coraz bardziej i tak samo mocno podporządkowywałam pod nią całe moje życie. Zawsze trzeba było udowadniać, że jest się wystarczająco dobrym, że da się radę, szczególnie, że nigdy nie byłam odpowiednio wysoka jak na swoją pozycję to jakoś szło. Wielokrotnie słyszałam, że jestem za niska, że może na skrzydło, że tam będzie łatwiej, ale ja nie chciałam łatwiej… Pracowało się dwa razy ciężej, do momentu, aż sama byłam zadowolona z efektów.

W gimnazjum zostałam u siebie w mieście. Udało się jakoś dalej pograć.. przynajmniej przez chwilę, a potem były łzy, płakanie po nocach i koniec marzeń o dalszej grze.  Są takie kontuzje, które w zasadzie nie dają większych szans na powrót i tak właśnie było w tym przypadku.
Nie ma nawet mowy żeby się z tym pogodzić, jednak trzeba było przyjąć to do wiadomości i nauczyć się żyć dalej. Nie wielu wie ile poświęciłam, ile kosztowało to zdrowia, serca i ile łez, trzeba było wiele wyrzeczeń żeby spełniać swoje marzenia, które potem prysły jak bańka mydlana, jednak niczego nie żałuję i nigdy nie żałowałam!!

                Piłka ręczna nauczyła naprawdę wiele. Dzięki niej zyskałam wiele wytrwałości, zawziętości, uporu.. pokory, ale także wiary we własne siły i w marzenia! Dzisiaj dzięki temu nie ma strachu. Nie lubię się bać! W głowie zostają wszystkie wspomnienia, przeżycia, które ciągną dalej w ciężkich sytuacjach teraz.

To nie była nauka tylko dla ciała, ale również dla głowy. Być może przede wszystkim dla głowy! W czasie, gdy grałam, gdy myślałam, że to będzie to na czym skupię swoje całe późniejsze życie zaszła we mnie olbrzymia przemiana. Ten kto zna mnie od zawsze widzi. Mimo, że zostałam charakterna to umiem to już wykorzystać w sposób najlepszy dla siebie, umiem skutecznie wyegzekwować to co mi się należy!

Każdego dnia sport uczy mnie wciąż czegoś nowego tylko, że widzę to również z innej perspektywy niż dawniej.

Dzięki grze poznałam wielu wspaniałych ludzi, nauczyłam się wiele o sobie i będę to robić dalej. Mam nowe plany z tym związane i nie chce ich odpuszczać. Wiem, że tu jest moje miejsce, moja droga, że to jest mój świat… Świat o który chce i będę walczyć!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 1001Podróży , Blogger