Zakopane- 3 dni z widokiem na Giewont cz.I


                Majówka za nami, przedłużony (i lekko przesunięty) długi weekend, który w naszym przypadku weekendem jest tylko dla zasady spędziłyśmy w Zakopanem.

                Wypad taki od dawna był w planach, na liście marzeń czekał na realizację.
Na dobrą sprawę bardziej konkretne zamierzenia pojawiły się jakoś w okolicach marca. Rozmowa i decyzja. Jedziemy!





Sprawdzenie noclegu, dojazdu i w zasadzie to byłoby na tyle. Całe nasze przygotowanie do tej wycieczki. Był to najbardziej spontaniczny wyjazd ze wszystkich dotychczasowych, ale dzisiaj- po powrocie- jedyne słowa, jakimi można skomentować to nieprzygotowanie to: „BYŁO WARTO!”.


DZIEŃ I
                Cała wycieczka zaczęła się ok. godziny 8:15 na przystanku w Żywcu (to właśnie tam zaczęłyśmy naszą podróż), wsiadłyśmy do autobusu relacji Rybnik-> Zakopane
(PKS Pszczyna, planowo w Żywcu 8:28. Bilet uczniowski/studencki na tej trasie to koszt 24,30zł)

Autobus zajeżdża na miejsce o 11:03 (wg rozkładu. Nasz dotarł odrobinę później, jednak wiadomo jak na drogach. Zawsze trzeba liczyć się z drobnym poślizgiem).

Trasa ma w sobie wiele magii, niesamowite krajobrazy; góry, lasy, zakręty i wzniesienia, którymi wiedzie droga, a wszystko przecinając taką… prawdziwą wieś, która ciągnie się jakby odcięta od reszty świata, mimo tego, że przecina ją dosyć ruchliwa trasa.

Jadąc aż czuje się to, że znajdujemy się coraz wyżej, a powoli na horyzoncie pokazują się coraz wyższe i wyższe góry, najpierw tylko te porośnięte lasami szczyty, później przekształcają się one w skaliste zbocza z lekka pokryte jeszcze śniegiem, by za którymś zakrętem można było podziwiać cudowną panoramę Tatr (jeszcze tak odległych, jednak widok ten naprawdę zapiera dech w piersiach! Każdemu polecamy chociaż raz przejechać tą trasą- chociażby właśnie dla niego.)

Potem góry są już tylko bliżej. Coraz więcej, coraz dokładniej widać ich zarysy, piękno, czuje się tą majestatyczną potęgę, tajemnicę, to „COŚ”, to co ciężko opisać słowami.

                Niedługo później byłyśmy już na miejscu. Nasz autobus zatrzymał się tuż przy dworcu PKP. To co mnie bardzo zaskoczyło to wygląd tego dworca i jego okolicy. Zważając na to jak bardzo turystyczna to miejscowość spodziewałam się czegoś hmmm… bardziej reprezentatywnego (Zakopane odwiedzałam pierwszy raz), jednak chyba nie ma sensu zastanawiać się nad samym jego wyglądem.

                Jak już pisałam wcześniej, pojechałyśmy zupełnie nieprzygotowane, jeśli chodzi o plan miasta czy np. szczegóły takie jak DOJAZD na miejsce naszego noclegu. Dzień wcześniej kupiłyśmy mapę-to miał być nasz przewodnik i ratunek w nieznanej okolicy.

Byłyśmy świadome, że nie jest blisko, ale podjęłyśmy wyzwanie. Ruszyłyśmy prosto ulicą, która miała nas doprowadzić do celu, po drodze zahaczyłyśmy o informację turystyczną (Wszystkim serdecznie polecamy ten sposób na „zdobycie” darmowych map, ciekawych propozycji tras czy broszurek opisujących różne atrakcje i wydarzenia. Tanio i ciekawie. Bez wydawanie sporej ilości pieniędzy na podobne książki w księgarniach.) bogatsze o kilka mapek i ulotek ruszyłyśmy w dalszą trasę.


Z czasem jednak coraz bardziej zaczął ciążyć bagaż, trasa się dłużyła, znaki myliły… Coś jakby „turysta w wielkim mieście”… Całe szczęście Zakopane nie jest aż tak wielkim miastem!
Nasza głupota. Wystarczyło tylko w domu sprawdzić dojazd busikiem, który jak się później dowiedziałyśmy, odjeżdżał dokładnie z tego samego miejsca w którym wysiadłyśmy z autobusu z Żywca.


Nie warto z bagażem męczyć się w „odkrywanie nieznanego”. Na to zawsze będzie czas później, a nie koniecznie fajne jest naklejanie coraz to nowych plasterków na obtarcia.

 Samo znalezienie naszej kwatery też nie było takie proste. Zaczęło się od błądzenia wśród pól i potoków, a w momencie, gdy już byłyśmy pewne, że dotarłyśmy do celu okazało się, że mamy pokój w drugim budynku. Cała „zamiana” odbyła się w tak niesamowitej atmosferze… W ramach tego przechodziłyśmy przez mały mostek zbudowany na górskim potoku, później dosłownie… polem? górską łąką? Sama nie wiem. Czymś gdzie rosła tylko trawa i hulał wiatr, dotarłyśmy w końcu na miejsce.

Miałyśmy bardzo przyjemny, duży i jasny pokój z prysznicem, dla nas był wynajęty jako 2osobowy, jednak moim zdaniem na spokojnie zmieściłoby się i 5 osób (podwójne łóżko, pojedyncze + kanapa).
Pokój przytulny, jednak widok z okna prosto na Giewont, a do tego balkon w tym samym kierunku to już było naprawdę niesamowite!


Po krótkim odpoczynku, rozpakowaniu bagaży nadszedł ciąg dalszy naszej przygody. Wcześniejszych planów nie było, więc musiałyśmy coś na szybko sobie zorganizować, wzięłyśmy ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Pogoda dopisywała, słońce przebijało się przez delikatnie zachmurzone niebo.. wybór był tylko jeden: Gubałówka.

By nie tracić czasu, pod Gubałówkę podjechałyśmy busikem, jednak tym razem sprawdziłyśmy na mapie przystanki (najlepiej wysiąść na przystanku „Targowica”). Przejazd kosztował nas jedyne 3zł, a była to spora oszczędność czasu i sił.



Przechadzając się między straganami targowiska znajdującego się u podnóża góry dotarłyśmy do dolnej stacji kolejki linowo- szynowej, którą po chwili wyjechałyśmy na sam szczyt, do celu naszej popołudniowej wyprawy. (Bilet ulgowy na wjazd i zjazd kosztuje 17zł, kursy przy dużej frekwencji zdaje się co 5 albo 10 minut. My tym razem mogłyśmy pozwolić sobie tylko na wjazd taką kolejką. Oby to się zmieniło w najbliższym czasie!)

W trakcie jazdy w górę wagonikiem ukazywały nam się wyższe partie Tatr. Widok robił się coraz ciekawszy, lecz to co zastałyśmy na samej górze przeszło nasze oczekiwania.




Górna stacja kolejki znajduje się na wysokości 1122m. n.p.m. skąd rozciąga się niesamowicie urokliwa panorama gór. Sam przejazd kolejką trwa ok. 3 do 4 min.





Widoki są niedopisania, każdy kto odwiedzi Zakopane koniecznie musi się tam wybrać. Podziwianie Tatr jak i samego miasta z tej perspektywy dodaje jeszcze więcej magii i uroku.



Chmury, otulające Giewont i Kasprowy Wierch, zalegający na górach śnieg, w tle miasto w ciągłym ruchu, pędzie, chłodny powiew wiatru,  gwar i muzyka dobiegająca z restauracji.. to wszystko powoduje, że nie chce się wracać, pragnie się tylko by ta chwila trwała wieczność.




Niestety i ta wieczność musiała się skończyć. Zaczęło się robić zimno. Zrobiłyśmy kilka zdjęć, nacieszyłyśmy się jeszcze raz cudownym widokiem i powoli- bardzo niechętnie udałyśmy się w miejsce, gdzie już czekał wagonik, który to miał zabrać nas na dół.



Po zjeździe z Gubałówki było i wcześnie i późno zarazem.
Kolejną czekającą nas atrakcją był spacer po Krupówkach. Nie zdziwiły nas tłumy ludzi, szczególnie, że zauważyć się dało pierwsze wycieczki. To nie zniechęcało! 
Była bardzo przyjemna pogoda, słoneczko przyjemnie grzało, a my tylko z tego korzystałyśmy!


Dał o sobie też znać głód, więc powoli szukałyśmy miejsca, gdzie można by smacznie i w rozsądnej cenie zjeść jakiś obiad, a to jak się potem okazało nie było wcale takie proste. 
Pomimo tego, że na całej długości Krupówek jest pod dostatkiem różnego rodzaju restauracyjek i barów to znaleźć coś co by nam pasowało (przy praktycznie bezmięsnej diecie, a w ofertach głównie golonki lub flaczki) było naprawdę ciężkie.


Skończyło się na nie bardzo góralskim daniu- mianowicie pierwszego dnia poszłyśmy po prostu na pizze. Później szybkie zakupy na kolacje i śniadanie następnego dnia. W ręce wpadło nam gotowe danie w postaci krokietów z pieczarkami i serem (sklep Gama na Krupówkach), które naprawdę polecamy, jeśli macie ochotę zjeść coś co wymaga jedynie odgrzania i naprawdę przyzwoicie smakuje. Potem już tylko powrót na kwaterę. Tym razem autobusem!

Na dzisiaj to tyle. Jest to pierwsza część naszej relacji z tego wyjazdu. Na kolejną zapraszamy w najbliższych dniach ;)

wyjazd z dn. 5-7.05.2015r

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 1001Podróży , Blogger