Rezonans magnetyczny- jak wygląda badanie oraz dlaczego nie warto się go bać.

Rezonans magnetyczny- jak wygląda badanie oraz dlaczego nie warto się go bać.

Cześć! ;)

Każdy z nas miał już robionych zapewne wiele badań, od tych drobnych po te znacznie poważniejsze.

Moim zdaniem najgorsza jest niewiedza. Niepewność tego co nam będą robić, więc dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć trochę badanie rezonansem magnetycznym, które często oznacza się skrótami MR lub MRI.

Zapraszam Was również na stronę : drogadosiebie.pl/rezonans-magnetyczny/
Tam znajdziecie jeszcze więcej różnorodnych informacji!

źródło: Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Słupsku

Sama pamiętam jak jeszcze nie dawno czekałam na takie badanie. Nerwy zjadały już sporo wcześniej... a co było najgorsze? To, że tak naprawdę nie miałam pojęcia jak to będzie wyglądało.

Teoretycznie internet daje duże możliwości, dużą wiedzę, jednak mimo wszystko nie znalazłam tam wszystkiego co chciałabym wtedy przeczytać.

Zupełnie nie znam się na medycynie, nie mam z tej dziedziny żadnej wiedzy, oprócz tej którą zdobyłam w czasie mojej "przygody" z naszą służbą zdrowia (co jak sami wiecie często nie jest ani łatwe ani przyjemne), więc wszystko co tu dziś napiszę będzie tylko na podstawie moich doświadczeń, a także odczuć. Nikomu nie życzę potrzeby wykonywania takiego badania, ale jednak jeśli by się Wam przydało mam nadzieję, że znajdziecie tutaj odpowiedzi na chociaż część swoich wątpliwości.

W moim przypadku skierowanie na badanie dostałam z podejrzeniem uszkodzenia łąkotki przyśrodkowej i więzadeł krzyżowych... kolanko niestety ;(

Już na samym początku zaczęły się schody. Umówienie państwowo w miarę normalnego terminu graniczy z cudem (średnio w moim szpitalu czeka się 4-8 miesięcy), a prywatnie to jednak spory wydatek (od 400zł w najlepszym przypadku i więcej).

Mnie na badanie prywatne było szkoda pieniędzy, więc przyszło wybrać się do szpitala, dostać do kolejki i swoje odczekać.
Udało się dostać termin za niecałe 5 miesięcy, do tego pani w rejestracji dała mi pliczek dokumentów do wypełnienia i to byłoby na tyle jeśli chodzi o rejestrację.
Jeśli chodzi o papierki. Głównie pytają w nich o przebyte operacje, choroby, urazy, wyjazdy do innych krajów, różnego rodzaju wstawione w ciało metale itp. Wszystko da się na spokojnie wypełnić samemu.
Kolejnym etapem jest wykonanie badań krwi. Skierowanie na nie należy wziąć od lekarza rodzinnego.
Nie trzeba robić całej morfologi. Wystarczy jedynie określenie kreatyniny, na jej podstawie określają podstawowe funkcjonowanie nerek (jest to potrzebne tylko w przypadku badania z kontrastem, jednak należy mieć taki wynik także do badania bez kontrastu)


No właśnie. Może teraz kilka słów o tym czym jest ten kontrast.
Nie jest to nic strasznego dla osób,które nie boją się panicznie igieł.
Podaje się to na zasadzie zwykłego wkłucia jak do kroplówki. Jest to środek przy którego pomocy lekarzowi prościej jest określić np. prawidłowe funkcjonowanie tętnic. Jedyną "wadą" jest to, że po jego użyciu, po prostu musimy "wypłukać" to z organizmu dużo pijąc. Tylko tyle. ;)

A wracając do samego badania....
Jest ono całkowicie bezpieczne. Nie niesie ze sobą żadnego typu naświetlania itp.
Jedynie oddziałuje na nas pole magnetyczne, przez które podczas badania nie możemy mieć przy sobie żadnych metalowych rzeczy (metalików we frotkach do włosów, guzików, pasków, a co najważniejsze w przypadku pań- przyda się biustonosz bez drucików ani innych metalików).

Przed wejściem wiszą o tym ostrzeżenia oraz informacje takie jak np. to, że przy wniesieniu do środka karty z paskiem magnetycznym może się ona rozmagnesować, a telefon może zostać po prostu uszkodzony....

Ostatnim już etapem jest samo badanie.
Wychodzi po nas lekarz i jasno określa co i jak. Jeśli badanie będzie wykonywane z kontrastem najpierw będziemy musieli udać się do gabinetu zabiegowego, gdzie zrobią wkłucie, a później podadzą środek, jeśli bez kontrastu od razu jesteśmy kierowani do właściwego pomieszczenia.

Wszystko zależy również od badanej części ciała.

Wchodzimy do pomieszczenia gdzie znajduje się coś w rodzaju tunelu z wysuwanym stołem na którym to trzeba się będzie położyć. Z tego co się dowiedziałam to miałam wiele "szczęścia", bo tylko przy badaniu kolana nie trzeba wjeżdżać do środka całkowicie, także ja głowę miałam poza maszyną, jeśli jednak badane jest cokolwiek innego trzeba nastawić się na to, że przez 30-60 min będziemy znajdować się w takowym tunelu. Ale spokojnie. Jest to w miarę wygodne, a w razie gdyby się cokolwiek działo dostajemy do ręki taką gruszkę, którą prosi się o przerwanie badania.

Zazwyczaj badania trwa ponoć od 30 do 60 min. (moje trwało trochę ponad 40).
Leżymy sobie w bezruchu. Każde poruszenie badanego miejsca w czasie, gdy robiona jest sekwencja zdjęć będzie skutkowało tym, że sekwencję będzie trzeba powtórzyć, a badanie będzie trwało dłużej...
No i taki jedyny minus... Maszyna pracuje dosyć głośno i pomimo tego, że dostaje się słuchawki to i tak się to słyszy, Wychodząc po takim badaniu jeszcze przez jakiś czas dudni w uszach.
I to byłoby na tyle. Po wyniki można zgłosić się już po 3-5 dniach.

Podsumowując. Naprawdę nie ma się co bać takiego badania. Wszystko opiera się na badaniu krwi i przeleżeniu do godziny czasu w maszynie. Nic strasznego!
Kochani. Nie bójcie się. Nerwy w przypadku rezonansu magnetycznego są naprawdę niepotrzebne ;)

Pozdrawiamy serdecznie i życzymy jak najmniej kontuzji. Zdrowia przede wszystkim! ;)
Kulinarna środa: „Sałatka z kurczakiem, makaronem i mozzarellą”

Kulinarna środa: „Sałatka z kurczakiem, makaronem i mozzarellą”



„Kulinarna środa”
Witajcie! ;)
            Chcemy zaprosić Was na nasz nowy cykl. Środa będzie dniem, w którym chcemy podzielić się z Wami naszym talentem kulinarnym ;)


Nasza przygoda z gotowaniem rozpoczęła się bardzo niewinnie. Żadna z nas nie umie gotować, żadnym Master Chefem raczej nie zostanie, ale razem potrafimy zrobić coś naprawdę dobrego- zazwyczaj ze składników które każdy z nas używa niemal na codzień. 
 Nie umiemy trzymać się ściśle żadnego przepisu, to przyznajemy od razu. Zawsze dodamy czegoś więcej, proporcje zamienimy, wymienimy produkty na te bardziej nam pasujące.
Lubimy improwizować, szczególnie w kuchni, takie już po prostu jesteśmy.

Nie zamykamy się na żadną kuchnie, nie boimy się żadnych smaków. Robimy rzeczy proste, łatwe, a czasami i takie co zajmują nam połowę dnia. Zwracamy uwagę na smak jak i również wygląd naszych potrawach, muszą być kolorowe!

Wszystkie pojawiające się tutaj przepisy będą przez nas sprawdzone, przetestowane, wielokrotnie modyfikowane. Każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie. Pomysłów mamy wiele (znajdziecie je w zakładce „Wyzwania kulinarne”) teraz musimy znaleźć czas na ich realizację ;))


W premierowym wpisie z tego cyklu zapraszamy Was na naszą ulubioną....



„Sałatkę z kurczakiem, makaronem i mozzarellą”




SKŁADNIKI:

- mieszanka sałaty - 1 paczka (do kupienia w paczkach/ różne rodzaje m.in. w Biedronce)
-makaron - ok. 2/3 paczki  (najlepiej drobny typu kokardki, muszelki- my używamy Lubelli/muszelki nr. 26)
-kurczak (Gyros z kurczaka Danie Express-Biedronka)
-pieczarki (paczka 500g)
-pomidory (wg uznania w proporcji do sałaty i mięsa)
-ogórki (zielone, konserwowe)
-papryka żółta, czerwona
-ser żółty
-mozzarella
-oliwki
-jogurt naturalny
-sos sałatkowy  koperkowo - ziołowy




WSKAZÓWKI:

Ugotowany makaron, odcedzamy, przelewamy zimą wolą, a następnie przekładamy go do miski w której wcześniej przygotowaliśmy mieszankę sałaty. 
Obrane i posiekane na kawałki pieczarki smażymy na patelni i dodajemy do miski z makaronem. Kolejnym krokiem będzie przygotowanie kurczaka, które jak pieczarki w kawałeczkach należy usmażyć na patelni. 
Czas, w którym pieczarki i kurczak się nam smażą warto wykorzystać na przygotowanie reszty składników.
Pomidory,ogórki oraz paprykę pokrojone w kostkę oraz dowolnie pokrojone oliwki, przekładamy do miski, gdzie znajdują się już wcześniej przygotowane składniki.

Jedną z końcowych czynności jest pokrojenie i dodanie mozzarelli.
Wszystko polewamy jeszcze sosem stworzonym na bazie jogurtu naturalnego i sosu sałatkowego o smaku  koperkowo - ziołowy z Knorra.
Gotową sałatkę posypujemy startym żółtym serem.

I gotowe!

Przepis prosty, szybki i smaczny.
Życzymy Wam smacznego ;)



Zakopane- kosztorys wyjazdu+ kilka informacji praktycznych.

Zakopane- kosztorys wyjazdu+ kilka informacji praktycznych.

Cześć!
Zakopane wciąż tkwi w naszych głowach, tak bardzo tęskno do tamtego miejsca, jednak czas podsumować cały wyjazd...




Dzisiaj publikujemy cały koszt naszego wyjazdu oraz praktyczne informacje.

DOJAZD: (PKS Pszczyna: relacja Rybnik-Zakopane-Rybnik)

Żywiec (8:28) --> Zakopane (11:03)
Zakopane (13:55) --> Żywiec (16:38)

Przystanki:

  • ŻYWIEC- ul. Żeromskiego
  • ZAKOPANE- Dworzec PKP

 bilet studencki na tej trasie to koszt 24,30zł

                                        4x 24,30zł
_________________________________
  RAZEM:                    97,20zł

NOCLEG: (2 noce) 

Dom Gościnny "U Hanki"

Wynajęłyśmy 2osobowy pokój z prysznicem. Bardzo przytulny, z balkonem, pełne wyposażenie.
Jak najbardziej dla nawet więcej niż 2 osób.

Z okna cudowny widok na Giewont. Dom położony w bardzo spokojnej okolicy, można powiedzieć na obrzeżach miasta. Bez tego zgiełku, jednak bardzo blisko centrum! Idealne miejsce do wypoczynku.


Koszt to 40zł za noc od osoby.

                              4x40zł (100zł jako zaliczka)
__________________________________________
RAZEM:     160zł

PRZEJAZDY W ZAKOPANEM:


  • hotel-Gubałówka  Skibówki I - Targowica 2x 3zł (nam udało się dojechać za 5zł na 2 os.)
  • centrum- hotel 2x 3zł 
  • hotel- dworzec: Skibówki I --> Zakopane dworzec autobusowy 2x 3zł 
  • dworzec- skocznia- dworzec: Zakopane--> Rondo Czecha --> Zakopane  4x 3zł
Naprawdę bardzo przydatny rozkład jazdy busików KLIK!

  • wjazd na Gubałówkę dół-góra-dół. Bilet ulgowy. 2x 17zł (CENNIK oraz ROZKŁAD)


__________________________________________________
RAZEM:                  63 zł

DODATKOWE KOSZTY:

Oprócz zwiedzania i przejazdów w koszty doliczymy jeszcze 2 obiady.Raz było to w pizzerii, gdzie zostawiłyśmy 19zł, a następnego dnia wybrałyśmy się na pierogi ruskie. Padło na restaurację "Mini Szałas" na Krupówkach.
Za danie (po 8szt.) zapłaciłyśmy po 9,50zł. W tym przypadku naprawdę warto. Pierogi były przepyszne!

Do tego w hotelu 2 paczki gotowych krokietów z pieczarkami i serem ("Virtu Krokiety z serem i pieczarkami")
Polecamy taką formę posiłku. Szybko i wygodnie. W przypadku gdy nie ma się zbytnio dostępu do kuchni oraz gdy chcemy zaoszczędzić czasu na wyjeździe! Naprawdę smaczne i tanie. W sklepie ok. 5zł.
______________________
RAZEM:     48zł

Cały wyjazd kosztował nas zatem: ok. 368zł/2 osoby na 3dniowy pobyt. 
Zakopane- 3 dni z widokiem na Giewont cz.II

Zakopane- 3 dni z widokiem na Giewont cz.II

Cześć! ;)
Dzisiaj przyszedł czas na drugą część relacji z majówki w Zakopanem. 
II i III dzień, a do tego kilka zdjęć ;)




DZIEŃ II
                Nasz kolejny dzień w Zakopanem nie zaczął się zbyt przyjemnie. Było szaro, buroPadało, a chmury tak zaciągnęły się na góry, że nie było ich już w ogóle widać- o szczytach nie wspominając.

Taka pogoda nie zachęcała zupełnie do niczego, a jakby tego było mało w okolicach południa jeszcze zaczęło grzmieć. W tym miejscu musimy się przyznać, że nie chciało nam się wychylać nosa poza pokój! Była tylko radość z tego, że dzień wcześniej wyjechałyśmy na Gubałówkę.

Po południu deszcz przeszedł w mżawkę, więc postanowiłyśmy zebrać się przynajmniej do sklepu i dokupić coś na kolację. Miał być osiedlowy sklepik w pobliżu, jednak powietrze było tak przyjemne, czyste… zachęcało dodalszego spaceru i nawet ta wilgoć nie zniechęcała!

Spacer na same Krupówki- tym razem było dosyć pusto. Chyba nie tylko my wystraszyłyśmy się tego deszczu!


Przy okazji postanowiłyśmy jeszcze zjeść jakiś porządniejszy obiad. Tym razem wybrałyśmy pierogi ruskie
Trzeba przyznać, że czekałyśmy ponad pół godziny i wydałyśmy po 9zł za porcję w ramach której dostałyśmy po 8 pierożków, jednak mimo to opłacało się! Czuć, że były one świeżo robione i naprawdę smaczne!

Najedzone wybrałyśmy ponownie spacer „do domu”, potem jeszcze mecz i tak jakoś się przeciągnął ten wieczór, a wliczając pakowanie było już naprawdę późno, gdy kładłyśmy się spać.


DZIEŃ III
Był to nasz ostatni dzień w Zakopanem
Wykwaterowanie miałyśmy do 10, więc trzeba było wcześniej wstać, zjeść, dopakować plecak… A potem już tylko w drogę.

Tym razem w planie założyłyśmy sobie zobaczyć Wielką Krokiew.
Pierwszym punktem był dworzec. Podjechałyśmy, zostawiłyśmy tam nasze bagaże w szafce, wzięłyśmy jedynie małą torebkę i aparat i ruszyłyśmy w obranym wcześniej kierunku.

Na przystanku koło dworca PKS możemy wsiąść do busika, który zawiezie nas w okolice skoczni- musimy wysiąść na przystanku „Rondo Czecha” i później kawałek się przejść. W razie jakichś wątpliwości po drodze znajduje się jeszcze biuro informacji turystycznej, gdzie dokładnie wskażą drogę.


Skocznie są położone w spokojnej okolicy, tuż obok COS. 
Najpierw mijamy 3 mniejsze, by później móc dojść pod Wielką Krokiew.





Jest ona olbrzymia, jednak jeśli mam być szczera to jak dla mnie wszystkie są identyczne- różnią się jedynie wielkością (nie znam się na tym. Czysto subiektywna opinia).

A przy okazji pobytu pod skocznią...


Trochę czasu tam spędzone, następnie powrót do miasta i ponownie podziwianie gór wyłaniających się zza chmur oraz łapanie promieni słońca, które po poprzednim mocno deszczowym dniu, tym razem bardzo przyjemnie grzały.





 Na koniec spacer po Krupówkach, kupienie drobnych pamiątek i powrót na dworzec.




Do Żywca wracałyśmy tym samym autobusem, którym przyjechałyśmy. Z Zakopanego wyjeżdża on o godzinie 13:55 i dojeżdża na miejsce o 16:38 (nasz tym razem był przed czasem!)

Tak bardzo nie chciało się wyjeżdżać! Przepiękna panorama, która zostawała za naszymi plecami, wspomnienia… było ciężko. Jedno wiemy na pewno. Jeszcze tam wrócimy!

Może na dłużej, może na krócej, ale na pewno jeszcze nie raz zawitamy w tamte strony!
Kto wie. Może przy kolejnej okazji uda się wejść na szlak.

Wszystkim serdecznie polecamy taki wyjazd. Przy dobrej organizacji i chęciach nie musi być to wcale duży koszt, a wspomnienia, widoki… to wszystko tam trzeba po prostu chociaż raz zobaczyć!

Niedługo dodamy szczegółowe podsumowanie z wszystkimi kosztami tego wyjazdu. Dzisiaj to na tyle. Czas nacieszyć się wiosną panującą za oknem ;)

Pozdrawiamy ;)

wyjazd z dn. 5-7.05.2015r
Zakopane- 3 dni z widokiem na Giewont cz.I

Zakopane- 3 dni z widokiem na Giewont cz.I


                Majówka za nami, przedłużony (i lekko przesunięty) długi weekend, który w naszym przypadku weekendem jest tylko dla zasady spędziłyśmy w Zakopanem.

                Wypad taki od dawna był w planach, na liście marzeń czekał na realizację.
Na dobrą sprawę bardziej konkretne zamierzenia pojawiły się jakoś w okolicach marca. Rozmowa i decyzja. Jedziemy!





Sprawdzenie noclegu, dojazdu i w zasadzie to byłoby na tyle. Całe nasze przygotowanie do tej wycieczki. Był to najbardziej spontaniczny wyjazd ze wszystkich dotychczasowych, ale dzisiaj- po powrocie- jedyne słowa, jakimi można skomentować to nieprzygotowanie to: „BYŁO WARTO!”.


DZIEŃ I
                Cała wycieczka zaczęła się ok. godziny 8:15 na przystanku w Żywcu (to właśnie tam zaczęłyśmy naszą podróż), wsiadłyśmy do autobusu relacji Rybnik-> Zakopane
(PKS Pszczyna, planowo w Żywcu 8:28. Bilet uczniowski/studencki na tej trasie to koszt 24,30zł)

Autobus zajeżdża na miejsce o 11:03 (wg rozkładu. Nasz dotarł odrobinę później, jednak wiadomo jak na drogach. Zawsze trzeba liczyć się z drobnym poślizgiem).

Trasa ma w sobie wiele magii, niesamowite krajobrazy; góry, lasy, zakręty i wzniesienia, którymi wiedzie droga, a wszystko przecinając taką… prawdziwą wieś, która ciągnie się jakby odcięta od reszty świata, mimo tego, że przecina ją dosyć ruchliwa trasa.

Jadąc aż czuje się to, że znajdujemy się coraz wyżej, a powoli na horyzoncie pokazują się coraz wyższe i wyższe góry, najpierw tylko te porośnięte lasami szczyty, później przekształcają się one w skaliste zbocza z lekka pokryte jeszcze śniegiem, by za którymś zakrętem można było podziwiać cudowną panoramę Tatr (jeszcze tak odległych, jednak widok ten naprawdę zapiera dech w piersiach! Każdemu polecamy chociaż raz przejechać tą trasą- chociażby właśnie dla niego.)

Potem góry są już tylko bliżej. Coraz więcej, coraz dokładniej widać ich zarysy, piękno, czuje się tą majestatyczną potęgę, tajemnicę, to „COŚ”, to co ciężko opisać słowami.

                Niedługo później byłyśmy już na miejscu. Nasz autobus zatrzymał się tuż przy dworcu PKP. To co mnie bardzo zaskoczyło to wygląd tego dworca i jego okolicy. Zważając na to jak bardzo turystyczna to miejscowość spodziewałam się czegoś hmmm… bardziej reprezentatywnego (Zakopane odwiedzałam pierwszy raz), jednak chyba nie ma sensu zastanawiać się nad samym jego wyglądem.

                Jak już pisałam wcześniej, pojechałyśmy zupełnie nieprzygotowane, jeśli chodzi o plan miasta czy np. szczegóły takie jak DOJAZD na miejsce naszego noclegu. Dzień wcześniej kupiłyśmy mapę-to miał być nasz przewodnik i ratunek w nieznanej okolicy.

Byłyśmy świadome, że nie jest blisko, ale podjęłyśmy wyzwanie. Ruszyłyśmy prosto ulicą, która miała nas doprowadzić do celu, po drodze zahaczyłyśmy o informację turystyczną (Wszystkim serdecznie polecamy ten sposób na „zdobycie” darmowych map, ciekawych propozycji tras czy broszurek opisujących różne atrakcje i wydarzenia. Tanio i ciekawie. Bez wydawanie sporej ilości pieniędzy na podobne książki w księgarniach.) bogatsze o kilka mapek i ulotek ruszyłyśmy w dalszą trasę.


Z czasem jednak coraz bardziej zaczął ciążyć bagaż, trasa się dłużyła, znaki myliły… Coś jakby „turysta w wielkim mieście”… Całe szczęście Zakopane nie jest aż tak wielkim miastem!
Nasza głupota. Wystarczyło tylko w domu sprawdzić dojazd busikiem, który jak się później dowiedziałyśmy, odjeżdżał dokładnie z tego samego miejsca w którym wysiadłyśmy z autobusu z Żywca.


Nie warto z bagażem męczyć się w „odkrywanie nieznanego”. Na to zawsze będzie czas później, a nie koniecznie fajne jest naklejanie coraz to nowych plasterków na obtarcia.

 Samo znalezienie naszej kwatery też nie było takie proste. Zaczęło się od błądzenia wśród pól i potoków, a w momencie, gdy już byłyśmy pewne, że dotarłyśmy do celu okazało się, że mamy pokój w drugim budynku. Cała „zamiana” odbyła się w tak niesamowitej atmosferze… W ramach tego przechodziłyśmy przez mały mostek zbudowany na górskim potoku, później dosłownie… polem? górską łąką? Sama nie wiem. Czymś gdzie rosła tylko trawa i hulał wiatr, dotarłyśmy w końcu na miejsce.

Miałyśmy bardzo przyjemny, duży i jasny pokój z prysznicem, dla nas był wynajęty jako 2osobowy, jednak moim zdaniem na spokojnie zmieściłoby się i 5 osób (podwójne łóżko, pojedyncze + kanapa).
Pokój przytulny, jednak widok z okna prosto na Giewont, a do tego balkon w tym samym kierunku to już było naprawdę niesamowite!


Po krótkim odpoczynku, rozpakowaniu bagaży nadszedł ciąg dalszy naszej przygody. Wcześniejszych planów nie było, więc musiałyśmy coś na szybko sobie zorganizować, wzięłyśmy ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Pogoda dopisywała, słońce przebijało się przez delikatnie zachmurzone niebo.. wybór był tylko jeden: Gubałówka.

By nie tracić czasu, pod Gubałówkę podjechałyśmy busikem, jednak tym razem sprawdziłyśmy na mapie przystanki (najlepiej wysiąść na przystanku „Targowica”). Przejazd kosztował nas jedyne 3zł, a była to spora oszczędność czasu i sił.



Przechadzając się między straganami targowiska znajdującego się u podnóża góry dotarłyśmy do dolnej stacji kolejki linowo- szynowej, którą po chwili wyjechałyśmy na sam szczyt, do celu naszej popołudniowej wyprawy. (Bilet ulgowy na wjazd i zjazd kosztuje 17zł, kursy przy dużej frekwencji zdaje się co 5 albo 10 minut. My tym razem mogłyśmy pozwolić sobie tylko na wjazd taką kolejką. Oby to się zmieniło w najbliższym czasie!)

W trakcie jazdy w górę wagonikiem ukazywały nam się wyższe partie Tatr. Widok robił się coraz ciekawszy, lecz to co zastałyśmy na samej górze przeszło nasze oczekiwania.




Górna stacja kolejki znajduje się na wysokości 1122m. n.p.m. skąd rozciąga się niesamowicie urokliwa panorama gór. Sam przejazd kolejką trwa ok. 3 do 4 min.





Widoki są niedopisania, każdy kto odwiedzi Zakopane koniecznie musi się tam wybrać. Podziwianie Tatr jak i samego miasta z tej perspektywy dodaje jeszcze więcej magii i uroku.



Chmury, otulające Giewont i Kasprowy Wierch, zalegający na górach śnieg, w tle miasto w ciągłym ruchu, pędzie, chłodny powiew wiatru,  gwar i muzyka dobiegająca z restauracji.. to wszystko powoduje, że nie chce się wracać, pragnie się tylko by ta chwila trwała wieczność.




Niestety i ta wieczność musiała się skończyć. Zaczęło się robić zimno. Zrobiłyśmy kilka zdjęć, nacieszyłyśmy się jeszcze raz cudownym widokiem i powoli- bardzo niechętnie udałyśmy się w miejsce, gdzie już czekał wagonik, który to miał zabrać nas na dół.



Po zjeździe z Gubałówki było i wcześnie i późno zarazem.
Kolejną czekającą nas atrakcją był spacer po Krupówkach. Nie zdziwiły nas tłumy ludzi, szczególnie, że zauważyć się dało pierwsze wycieczki. To nie zniechęcało! 
Była bardzo przyjemna pogoda, słoneczko przyjemnie grzało, a my tylko z tego korzystałyśmy!


Dał o sobie też znać głód, więc powoli szukałyśmy miejsca, gdzie można by smacznie i w rozsądnej cenie zjeść jakiś obiad, a to jak się potem okazało nie było wcale takie proste. 
Pomimo tego, że na całej długości Krupówek jest pod dostatkiem różnego rodzaju restauracyjek i barów to znaleźć coś co by nam pasowało (przy praktycznie bezmięsnej diecie, a w ofertach głównie golonki lub flaczki) było naprawdę ciężkie.


Skończyło się na nie bardzo góralskim daniu- mianowicie pierwszego dnia poszłyśmy po prostu na pizze. Później szybkie zakupy na kolacje i śniadanie następnego dnia. W ręce wpadło nam gotowe danie w postaci krokietów z pieczarkami i serem (sklep Gama na Krupówkach), które naprawdę polecamy, jeśli macie ochotę zjeść coś co wymaga jedynie odgrzania i naprawdę przyzwoicie smakuje. Potem już tylko powrót na kwaterę. Tym razem autobusem!

Na dzisiaj to tyle. Jest to pierwsza część naszej relacji z tego wyjazdu. Na kolejną zapraszamy w najbliższych dniach ;)

wyjazd z dn. 5-7.05.2015r
Copyright © 2016 1001Podróży , Blogger